Malbork. Za podtopienia i zalania po ulewach mieszkańcy obarczają zapchane studzienki i słabą kanalizację deszczową. Co na to władze?

Anna Maria Szade
Anna Maria Szade
Udostępnij:
W Malborku trwa wielkie suszenie. Na pierwszy rzut oka nie widać, że miasto w ostatnich dniach spotkał wielki kataklizm. Na pewno wiele osób ma przed oczami moment, gdy woda wlewała się do piwnic, garaży czy firm. Tak jak w przypadku restauracji Fresh Gordon przy ul. Piastowskiej, gdzie schody zamieniły się w wodospad. "Trudno opanować żywioł", słyszymy od włodarza, ale w magistracie myślą, jak zapobiegać takim sytuacjom w przyszłości.

Wielu mieszkańców jest wściekłych i zarzucają władzom nieudolność. Trudno się dziwić, bo niektóre ulice w czwartek (30 czerwca) wieczorem zamieniły się w kanały i Malbork przypominał Wenecję. Ci, którym zalało podwórka, piwnice czy garaże, winą obarczają słabą sieć burzówek, a także – co powtarza się bardzo często w komentarzach – zapchane studzienki.
Magistrat odpiera te zarzuty, zapewniając, że cała infrastruktura jest utrzymywana w należytym stanie. Ale miasto nie jest jak wielka gąbka, nie jest w stanie w krótkim czasie wchłonąć skutków oberwania chmury.

Przy takich opadach kanalizacja nie dała rady odbierać wody, a w najniższych punktach wręcz wyrzucało to, co wpłynęło w innych miejscach siedzi. Nie jest więc to kwestia złej instalacji, ale nadmiaru wody, która pojawiła się w krótkim czasie – mówi Marek Charzewski, burmistrz Malborka.

PRZECZYTAJ TEŻ: Malbork. Przeszła ulewa, strażacy mieli bardzo dużo interwencji. Ponad 300 zgłoszeń!

W czwartek wieczorem wiceburmistrz Jan Tadeusz Wilk objeżdżał przez kilka godzin całe miasto.

Zalało szereg ulic, woda wdarła się Domu Pomocy Społecznej. W centrum nie można było pokonać ul. Sierakowskich, bo na wjeździe do piętrowego parkingu zrobiło się rozlewisko. Najgorzej było na Piaskach, Toruńską i Daleką nie dało się w ogóle jechać – relacjonuje Jan Tadeusz Wilk.

Do tego można dodać również ul. Wilczą, która już tradycyjnie ma kłopoty po ulewach. Ucierpiały właściwie wszystkie niżej położone budynki, a strażacy wypompowywali wodę z piwnic jeszcze w piątek przed południem. Ucierpiała ich własna siedziba, bo woda wdarła się do części pomieszczeń. Urząd Miasta zresztą też, ale nie od dołu, a od góry, bo dach przeciekł i uszkodzony został sprzęt. Na stadionach było 30 cm wody, bo nawet trawiasta nawierzchnia i drenaż okazały się niewystarczające podczas nawałnicy.

W centrum zalało także jedną z restauracji specjalizującej się w amerykańskiej kuchni. Schody prowadzące w dół zamieniły się w wodospad, ale trudno nazwać atrakcją dla klientów taką Niagarę.

Gdy to się stało, mieliśmy w lokalu gości, ale wyszli przez hotel. Miałam przerażenie w oczach, gdy to się stało, do tej pory widzę, ile tej wody się tu dostało. Pomogli nam sąsiedzi, którzy się natychmiast zorganizowali z Po Lodzie, z ogródka pani Heksy, z hotelu. Do trzeciej w nocy wodę zbieraliśmy z lokalu. Jedna z pracownic przez dwie godziny stała i trzymała rurę od pompy, a prócz tego jeszcze kto mógł, wylewał wiadrami, wielkie gary poprzynosiliśmy. Ale powiem, że już nie było mi szkoda tego, co się dzieje, myślałam tylko o tym, żeby ludziom się nic nie stało – relacjonowała nam właścicielka Fresh Gordon.

Położenie lokalu przy ul. Piastowskiej rzeczywiście jest specyficzne, bo po schodach nadmiar wody spływa do środka z sąsiadującego z budynkiem parkingu. W piątek, przed zapowiadaną burzą z ulewami, pracownicy układali worki z piaskiem i dodatkowo je uszczelniani brezentem, by uchronić restaurację.
- Zobaczymy, jak się sytuacja potoczy. Ściany mamy mokre, przy wejściu sofy pozalewało. Boimy się tego, co będzie – usłyszeliśmy w restauracji.
Tam też mówią, że miasto mogłoby bardziej zadbać o odwodnienie. Bo sytuacje pewnie będą się powtarzać. Mówimy to burmistrzowi.

Może trzeba pomyśleć o tym, by skierować wodę bezpośrednio do kanału Juranda. Ale ona spływa do restauracji z prywatnego parkingu – mówi nam Marek Charzewski.

To nie znaczy, że władze umywają ręce i liczą na to, że wiele tych dramatycznych sytuacji wyparuje z ludzkiej pamięci jak kałuże po burzy.
- Będziemy analizować, co można zrobić, by najniżej położone miejsca w mieście nie były zalewane. A tam, gdzie będzie to konieczne, by może jakoś te miejsca osłonić, jak DPS i okolice, by woda tam nie spływała. Burze były zawsze, ale nie towarzyszyły im dawniej tak ulewne deszcze. Trzeba zacząć przystosowywać miasto do zmian klimatu – tłumaczy Marek Charzewski.

Od lat w kraju mówi się o małej retencji, o zbiornikach, które „wypiją” część deszczu, odciążając częściowo burzówkę. Być może trzeba byłoby spojrzeć z większą uwagą na najbliższe otoczenie. Sprawdzić, czy można byłoby ją odbetonować, by woda miała w co wsiąkać, stając się narzędziem walki z suszą. To proces, ale może warto go zapoczątkować.
Jakiś czas temu rządzący przymierzali się do wprowadzenia podatku od deszczu. Płaciliby go ci, którzy nie kiwną nawet palcem, by zatrzymać część opadów tam, gdzie spadają: przy domach, w beczkach, ogrodach deszczowych czy małych zbiornikach.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Chcesz pobalować? Nie w mieszkaniach od Airbnb

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Nasze Miasto
Dodaj ogłoszenie