Nasza Loteria NaM - pasek na kartach artykułów

Stare Pole. 40 rocznica stanu wojennego. O mrocznych czasach opowiada nam pan Krzysztof, dzięki któremu narodziła się nazwa "Solidarność"

Radosław Konczyński
Radosław Konczyński
Krzysztof Mikołajczyk - drugi od lewej. Pierwszy z prawej Zbigniew Czerwiński, a obok Lucyna Demska - oboje mieszkańcy Malborka, którzy wtedy pracowali w cukrowni w Pruszczu Gd.
Krzysztof Mikołajczyk - drugi od lewej. Pierwszy z prawej Zbigniew Czerwiński, a obok Lucyna Demska - oboje mieszkańcy Malborka, którzy wtedy pracowali w cukrowni w Pruszczu Gd. archiwum prywatne Krzysztofa Mikołajczyka
13 grudnia 2021 r. przypadała 40 rocznica ogłoszenia stanu wojennego w Polsce. Świadkiem mrocznych czasów terroru państwowego, skierowanego przeciwko własnym obywatelom, był Krzysztof Mikołajczyk, działacz „Solidarności” pochodzący ze Starego Pola. Wtedy mieszkaniec Gdańska i pracownik cukrowni w Pruszczu Gdańskim.

13 grudnia 1981 roku rano Krzysztof Mikołajczyk chciał dostać się do pracy. Mieszkał wtedy w Gdańsku na ul. Kołobrzeskiej, a pracował jako automatyk w cukrowni w Pruszczu Gdańskim. Musiał dojechać kolejką na dworzec główny w Gdańsku i stamtąd pociągiem do Pruszcza.

- Na przystankach pusto, ale ja muszę jechać do pracy. Cukrownia musi normalnie pracować, nie można zatrzymać maszyn, bo jak to wszystko zastygnie, to jest skała. Do Gdańska dostałem się jakoś kolejką, ale trzeba jeszcze do Pruszcza, a wszystko zablokowane, pociągi nie chodzą. Na dworcu głównym „zwinęli” mnie zomowcy i wzięli do jakiegoś oficera. Wypytywał, co ja tu robię i dlaczego. Spokojnie wytłumaczyłem, że muszę do cukrowni, i puścili mnie. Ale czym dojechać? Złapałem samochód, który podrzucił mnie do Lipiec, a tam już blokady. Poszedłem więc torami do Pruszcza. Musiałem być w pracy, bo taka była konieczność. Trzeba było fabrykę utrzymać w ruchu, żeby nie zamarzła. Nie było nas dużo, ale daliśmy sobie radę, a po paru dniach wznowiliśmy produkcję - opowiada pan Krzysztof.

„Suki”, skoty, gaz łzawiący i ślady milicyjnej pały

Z zewnątrz docierały do zakładu złe wieści o zatrzymywanych i internowanych działaczach „Solidarności”. Atmosferę terroru było nie tylko widać, ale i czuć. Strach był na porządku dziennym.

- Nie boi się tylko ten, kto nie ma rozumu. Ten strach trzeba przezwyciężyć i robić swoje. Jeśli uważasz, że masz jakieś poglądy i robisz to słusznie, to nie bój się tego. Rób, co do ciebie należy - mówi pan Krzysztof.

On już przewinął się w materiałach esbecji. Za działalność w „S” chcieli go ukarać przymusowym wcieleniem do wojska.

Przyjechali wziąć mnie w kamasze. Zabrali do jednostki w Gdańsku Wrzeszczu, gdzie przesiedziałem cały dzień, ale dyrektor cukrowni mnie stamtąd wyciągnął. Byłem mu potrzebny, bo miałem pojęcie o automatyce. Mogliby wziąć w kamasze w zasadzie pół Polski, ale kto by robił na innych, kto by pracował, produkował? - pada retoryczne pytanie.

Pomimo restrykcji w stanie wojennym dochodziło do strajków i spontanicznych zgromadzeń.

- Wiadomo było, że jak wyjdzie się na ulicę, to człowieka spałują i zamkną. Ale chodziłem, już trochę później w stanie wojennym, na zgromadzenia przed dworcem głównym w Gdańsku. Dowiadywaliśmy się o nich pocztą pantoflową. Wtedy to było dobre miejsce, bo łatwo było dotrzeć i łatwo uciec. Jeździłem tam, żeby wyrazić swoją niechęć wobec stanu wojennego. Oczywiście jak zebrała się większa grupa, od razu zjawiało się ZOMO z gazem łzawiącym. Dostałem chyba 2-3 razy. To okropne, nikomu nie życzę. Nie wiedziałem, gdzie jestem. Człowiek jest bezbronny i można z nim robić, co się chce, bo nic nie widzi - opisuje Krzysztof Mikołajczyk.

Kiedy stan terroru trochę zelżał, przywoził ulotki do Pruszcza Gdańskiego i rozdawał. Nieraz słyszał, że się doigra i już niedługo będzie siedział.

- Byłem zastraszany przez ludzi, którzy mieli inne poglądy niż ja, ale pomimo gróźb robiłem swoje. Jak człowiek powiedział „A”, to musi powiedzieć „B”. Co ważne, organizowaliśmy zbiórki pieniężne dla rodzin osób, które były internowane. Robiliśmy to po cichu oczywiście. Wyobraźmy sobie, że głowa rodziny jest uwięziona. Przecież wojsko, milicja, nikt o to nie dba, a rodzina jest zostawiona na pastwę losu, bez możliwości funkcjonowania. Kilka razy przenosiłem pieniądze do Techmetu w Gdańsku, a oni przekazywali do stoczni - mówi pan Krzysztof.

Po stanie wojennym zostały mu jednak bardzo złe wspomnienia. Policyjne „suki” krążące po ulicach, wozy opancerzone SKOT, żołnierze w pełnym uzbrojeniu z karabinami. Ten gaz łzawiący. Ślady policyjnej pały na ciele.

Komuniści wiedzieli, że muszą spowodować efekt mrożący: „Nigdzie nie wyłaźcie z domu, bo zaraz z wami zrobimy porządek. My mamy wszystko, wy macie siedzieć cicho”. Do żołnierzy nie mieliśmy pretensji. To były młode chłopaki, nie wiedzieli, co się dzieje. Nawet tym żołnierzom pomagaliśmy, choćby przynosząc herbatę, bo oni stali na tym zimnie, wypełniając rozkaz, a prowodyrzy siedzieli w ciepełku i popijali koniaczek - wspomina mieszkaniec Starego Pola.

Grudzień ‘70, Jaruzelski i przeprowadzka

Niewiele brakowało, by jedenaście lat wcześniej to pan Krzysztof był zmuszony wyjść na ulicę „po tej drugiej stronie”. Jako absolwent wieczorowego technikum mechaniczno-elektrycznego w Zespole Szkół Zawodowych im. Janka Krasickiego w Malborku po maturze musiał odsłużyć obowiązkową zasadniczą służbę wojskową.

- Nikt od tego nie mógł uciec. Brali wszystkich, jak leci. Skończyłem maturę i natychmiast dostałem powołanie do Centralnego Ośrodka Szkolenia Służby Uzbrojenia i Elektroniki do Olsztyna. To było w październiku 1970 r., a już w grudniu przecież były strajki, ale na szczęście nie mieliśmy wtedy złożonej przysięgi. Broni nam nie dali, czekaliśmy w pełnym wyposażeniu na „prikaz”, jednak dla nas nie nadszedł. Byłem biegły w elektryce, więc zostawili mnie na cykl 2-letni, żebym uczył elewów. Dowódcą był pułkownik Kołba, zresztą kolega Jaruzelskiego, oni razem przeszli cały front. Jaruzelski był częstym gościem w tej jednostce, przyjeżdżał sobie pogadać z kumplem frontowym. Jako dowódca warty miałem sposobność widzieć go kilka razy. Wtedy jeszcze było inaczej, a za to, co potem, historia go oceni. Rozmawialiśmy parę razy, bo jako dowódca warty musiałem mu składać meldunek. Później mnie już znał, więc tylko otwierał okno: „Dobra, dobra, dobra” - opowiada pan Krzysztof.

Po zakończeniu służby wojskowej szukał pracy. W Zjednoczeniu, które miało siedzibę przy ul. Reymonta w Malborku, dostał propozycję zatrudnienia w cukrowni w Pruszczu Gd. I trafił tam w 1972 roku na stanowisko automatyka. W Pruszczu mieszkał do 1980 r., do czasu, gdy dostał mieszkanie na wspomnianej już Kołobrzeskiej w Gdańsku.

- Kiedyś zapisywało się w spółdzielni i czekało w kolejce na mieszkanie. Spółdzielnia mieszkaniowa rozciągała się od Gdyni aż do Tczewa. W maju 1980 r. dostałem mieszkanie w nowych blokach na Kołobrzeskiej. Stamtąd dojeżdżałem do pracy w Pruszczu. Z okien kolejki widziałem, co się dzieje, że zaczynają stawać po kolei żurawie stoczniowe, a normalnie przecież praca szła na okrągło. Zacząłem wysiadać z kolejki i patrzeć. Trwał strajk, stocznia była zamknięta. Zbierałem materiały i woziłem do cukrowni, wywieszałem na tablicach ogłoszeń. Wtedy każdy chętnie czytał. I tak się zaczęła moja działalność w ruchu, który wtedy jeszcze nie nazywał się „Solidarność”. Nie pełniłem żadnej funkcji, udzielałem się tylko jako obserwator, ten, który chciał, żeby coś się zmieniło na lepsze, bo byłem świadom, że już nie ma odwrotu - mówi pan Krzysztof.

Oto, co z pociągu zobaczył Karol Modzelewski

Bardzo chciał dodać otuchy strajkującym w Gdańsku i to w jego głowie narodziła się historyczna nazwa, choć wtedy, w sierpniu roku 1980, nawet nie zdawał sobie z tego sprawy.

- Po cichu zrobiłem dwa transparenty. Kupiłem płótno pościelowe. Nie było wtedy jeszcze solidaricy, tylko normalnie drukowanymi literami na białym tle namalowałem czerwony napis „Solidarność z MKS”, czyli z Międzyzakładowym Komitetem Strajkowym. Jeden transparent powiesiliśmy z kolegami na poziomie warników z widokiem na kolej, żeby widzieli go jadący pociągami, a drugi - nad bramą wejściową do cukrowni. Nie wisiały długo, bo widocznie ktoś zauważył i z miejskiego komitetu PZPR dali polecenie dyrektorowi, żeby zdjąć. Ja chciałem je zachować, ale nie pozwolił, kazał spalić - opowiada Krzysztof Mikołajczyk.

Transparent wiszący od strony linii kolejowej zobaczył pod koniec sierpnia 1980 roku Karol Modzelewski (1937-2019), jeden z liderów opozycji demokratycznej, pierwszy rzecznik prasowy „Solidarności”, więzień polityczny, historyk, profesor nauk humanistycznych.

Ja wracałem w sierpniu, chyba 26 albo 27, koleją ze Stoczni Gdańskiej do Wrocławia. Patrzę przez okno, taki ogromny zakład, czerwona cegła. Cukrownia. Na niej ogromny napis, tak jak były transparenty „Program partii programem narodu”, dzisiaj by się przydał w sam raz, to było napisane tymi samymi literami: „MKS Solidarność”. To ja nie miałem wątpliwości, że to znaczy, że strajk jest w tej cukrowni, że jest to strajk ogólnopolski, że załoga należy, komitet strajkowy należy do tej sieci komitetów strajkowych, które powiązane są z MKS w Gdańsku, i że hasłem ich jest solidarność, że strajk nie jest o własną pietruszkę, tylko jest ogólnopolski. I to mi się wryło w pamięć - opowiadał Karol Modzelewski w marcu 2019 r. w wywiadzie dla Północnej TV.

We wrześniu 1980 roku, już po słynnych porozumieniach, delegaci z całego kraju nadal spotykali się w Gdańsku, by wypracować spójną koncepcję dalszego działania.

- Wtedy przyszło mi do głowy, że ten związek musi mieć taką nazwę, żeby nikt się nie mógł pomylić. Że to musi być jeden, ogólnopolski, niezależny, samorządny związek zawodowy i wtedy przyszedł mi do głowy ten Pruszcz Gdański, „Solidarność”. I jak doszło do spotkania 100-120 delegatów z całej Polski (…), jak przeczytałem tę „Solidarność”, to się zrobiła owacja. Wtedy Wałęsa wyjął mi mikrofon, wyszedł na proscenium i powiedział: „No i tak właśnie musimy zrobić. Tu już nie ma nad czym dyskutować” - mówił w wywiadzie profesor Modzelewski.

Rok oddechu przed terrorem

W ciągu kolejnego roku na oczach Krzysztofa Mikołajczyka działa się historia.

- Myśmy założyli związek w cukrowni w Pruszczu i jeździliśmy na MZK-y, czyli międzyzakładowy komitet związkowy do sali plenarnej NOT (Naczelna Organizacja Techniczna - red.) w Gdańsku. Dyskutowaliśmy, co to ma być. Poznałem wielu ludzi ciekawych, w tym Lecha Wałęsę. Muszę powiedzieć, że jego rola w tym okresie założycielskim jest niedoceniona. Ten człowiek tak się sprawdził na MKZ-ach, bo on wiedział, kiedy przerwać, co powiedzieć, komu dać głos. To była osoba, która panowała nad całym chaosem. Wiadomo, że jak chce się coś zrobić nowego, to jest chaos najpierw i z tego chaosu trzeba było coś zrobić dobrego. On się do tego świetnie nadawał. Bardzo go cenię i będę go bronił do końca życia. Tam poznałem Borusiewicza, Lisa, Frasyniuka, Modzelewskiego. Zaangażowałem się, bo uważałem, że tak należy zrobić, bo nie można stać bezczynnie, jak historia się tworzy - opowiada.

W czasach, gdy powstawał NSZZ „Solidarność”, Krzysztof Mikołajczyk poznał też innych ludzi ze „świecznika” ruchu związkowego. W trakcie strajku w pruszczańskiej cukrowni był łącznikiem między strajkującymi a siedzibą „S” w Gdańsku.

Miałem okazję przywozić Gwiazdę, Lecha Kaczyńskiego, komisję rządową na posiedzenie, na którym zostało podpisane porozumienie. Odbierałem ich na dworcu w Gdańsku i przywoziłem do Pruszcza Gd. Trwała kampania cukrownicza, bo zakład nie mógł być zamknięty, to jest spożywka. Cukier jest potrzebny, tak samo piekarnie, rzeźnie itd. musiały pracować, każdy chciał jeść. Chodziłem więc na zmiany, spałem w rozdzielni, bo czasami nie było czasu jechać nawet do domu, ale nie na styropianie, a na kufajkach. Styropian jest „zarezerwowany” dla stoczniowców - śmieje się pan Krzysztof.

Do momentu ogłoszenia stanu wojennego życie toczyło się bardzo intensywnie.
- Cenzury nie było, można było sobie spokojnie chodzić, ludzie nie byli już tak skrępowani, wymieniali poglądy. Zmieniało się na lepsze pod względem wolności, ale ekonomicznie było ciężko, brakowało wszystkiego - opowiada.

A po stanie wojennym na realne zmiany trzeba było czekać aż do 1989 r.
- Rozmowy przy Okrągłym Stole były ostre. Tworzył się w ogóle nowy system w Polsce. Jedna władza nie chciała się podzielić z drugą władzą. Ja mam jeszcze w uszach to, co działo się na MKZ-ach, jakie tam były „pistolety”, co oni chcieli robić, dosłownie rozpętać wojnę światową, mieć od razu i wszystko. Moim zdaniem to, co się udało przy Okrągłym Stole, to maksimum, co w owym czasie można było uzyskać - ocenia pan Krzysztof.

Z "festiwalu Solidarności" zostały... "dwa plemiona"

Komunizm został zastąpiony przez kapitalizm, fabrykę w Pruszczu zamknięto na początku lat 90. i pan Krzysztof przeniósł się do cukrowni w Malborku, gdzie pracował w dziale automatyki do emerytury, na którą odszedł w 2019 roku w wieku 70 lat. Z obecną „S” już nie chce mieć nic wspólnego. Wystąpił ze związku. O współczesnej polityce też ma jasno sprecyzowane zdanie.

- To jest zaprzeczenie tego, o co my walczyliśmy. Myśmy byli otwarci, mieliśmy zaufanie jeden do drugiego, nie napuszczaliśmy na siebie, nie tworzyliśmy plemion, które się zwalczają. Teraz mamy dwa plemiona Polaków, które się kłócą, jest jedna wielka nienawiść. A tego nie było w czasie tworzenia „Solidarności”. Różniliśmy się, ale tak jak w powiedzeniu: pięknie. Człowiek drugiego szanował, mimo że miał inne poglądy. Ten szacunek był widoczny, dlatego człowiek dla człowieka serce otwierał - wspomina Krzysztof Mikołajczyk.

Jest rodowitym mieszkańcem Starego Pola. Przyszedł na świat w domu, w którym obecnie mieszka. Powrócił kilka lat temu. Jako świadek stanu wojennego chce dzielić się swoimi wspomnieniami i przemyśleniami. W poniedziałek, w 40 rocznicę ogłoszenia stanu wojennego, spotkał się z młodzieżą w Pruszczu Gdańskim. Dla młodych ma proste przesłanie:

Chodźcie na wybory, żeby budować demokrację i Polskę, jakiej chcecie. Nieważne, jakie macie poglądy, chodźcie na wybory. W tej kartce, którą się wrzuca do urny, jest moc tworzenia. Żeby tworzyć państwo, jakiego chcecie, musicie głosować.

Sierpniowe strajki w 1980 r. w Malborku. "Solidarność" rodzi...

od 7 lat
Wideo

Jak głosujemy w II turze wyborów samorządowych

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na malbork.naszemiasto.pl Nasze Miasto