Malbork. W internacie MOW przebywa 25 kobiet i dzieci, które pod rosyjskim ostrzałem uciekły przed wojną z Ukrainy

Anna Maria Szade
Anna Maria Szade
Udostępnij:
W Młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym w Malborku od dwóch tygodni przebywa 25 gości z Ukrainy. To kobiety i dzieci, które po ataku Rosji musiały uciekać ze swoich domów ze wschodniej i południowej części kraju. Zostały otoczone troskliwą opieką, ale maluchom wciąż zdarza się budzić w nocy z krzykiem: "Nie strielaj!".

Nim wybuchła wojna, pracowały, miały rodziny, mieszkania, dbały o dzieci. Jedna z kobiet, uciekinierka z Mikołajowa, wychodzi na chwilę ze świetlicy, a gdy wraca, ściska w dłoni zawiniątko i dokumenty. Drżącymi rękami pokazuje medal.

To syna, za obronę Ukrainy w 2014 r. - mówi.

Jak mówią Ukrainki, jeszcze zanim Rosja ich zaatakowała, było niespokojnie. Pochodzą z różnych miast i spotkały się dopiero w Malborku, ale opowiadają, niezależnie od siebie, że w ich stronach już w wcześniej pojawiły się grupki rosyjskich wyrostków.
- Uaktywnili się w ostatnim czasie, oznaczając nasze szkoły, urzędy, fabryki, szpitale fluorescencyjną farbą, by było to widać również w nocy i by było łatwiej w nie trafić – opowiada jedna z pań.
Druga dodaje:

Wszyscy staraliśmy się to, co robili ci dywersanci, zasłaniać, zamalowywać, by w ten sposób uchronić się przed atakami Rosjan – zdradza.

Podobno sprawcy mieli dostawać pieniądze za każde takie oznaczenie. Skąd rdzenni mieszkańcy wiedzieli, że tego nie robili swoi, współpracujący z rosyjską armią?
- Nie mówili po ukraińsku, w ogóle nie znali niektórych naszych słów, to ich zdradzało, że są Rosjanami – słyszymy.

Choć powoli zaczynają dochodzić do siebie, to opowiadają, że ryk syren alarmów bombowych jeszcze długo dźwięczał im w uszach. Dzieci wzdrygają się na każde głośniejsze stuknięcie czy nawet szkolny dzwonek.

Nie wiedzą, czy schować się pod krzesełko, czy uciekać. Budzą się w nocy i krzyczą: „Nie strielaj, nie strielaj!” – opowiada Anna Wolak, pedagog w MOW, bardzo zaangażowana w pomoc ukraińskim gościom.

Najmłodszych niepokoją również latające samoloty, bo kojarzą się z tym, co przeżywały na Ukrainie.
- Ale uspokajamy, że to nie wojskowe samoloty, ale takie z ludźmi – tłumaczy jedna z mam.

Jak same mówią, tam, w bombardowanych miastach, czasem miały dość wielogodzinnego siedzenia w piwnicy.
- Zdarzało się, że leżałam na sofie, myśląc: "Co będzie, to będzie" – wspomina Ukrainka, która miała dość ukrywania się w trudnych warunkach.

Wszyscy musieli uciekać prawie trzy tygodnie temu. Jedna z pań prowadziła sklep online, miała wszystkie rzeczy w domu. Nawet nie wie, czy budynek jeszcze stoi. Jak sama mówi ze łzami w oczach, boi się o to zapytać. Inna uciekła w piżamie, na którą zarzuciła kurtkę, i tak dotarła do Polski. Ale nie było wyboru, gdy władze nad ranem ogłosiły ewakuację. W siedmiu podstawionych autobusach musiało pomieścić się 500 osób. Więc większość w tej drodze, która trwała całą dobę, stała ściśnięta, obawiając się o swoje życie, bo konwój było ostrzeliwany.

W nocy było aż widno od strzałów – wspominają.

Inne widziały lecące rakiety i siedmiometrowy lej po bombie. Większość domów jeszcze stało, gdy opuszczały rodzinne strony. Ale w Mikołajowie z wielopiętrowego budynku pozostało tylko jedno mieszkanie. To z niego pani uciekająca o piątej rano w piżamie wyniosła pamiątkowy medal syna. On, jego brat i bratowa walczą. Podobnie jak mężowie pozostałych kobiet. Kontaktują się z najbliższymi każdego dnia.
- Tam naprawdę jest ciężko – mówią cicho.

Walki w Mikołajowie cały czas trwają. Mieszkańcy nie zastanawiali się, zorganizowali od razu samoobronę. Teraz jest dużo gorzej. We wtorek (29 marca) rosyjskie pociski trafiły w budynek obwodowej administracji, jak poinformował szef władz obwodu mikołajowskiego Witalij Kim. Połowa obiektu nie istnieje, w tym gabinet gubernatora.
- Nie wiadomo, czy ktoś zginął. Ale tam był schron, może udało się komuś uratować - mówi pani z Mikołajowa.

Miasto nie zamierza się poddać, o czym świadczy wpis Witalija Kima, który apeluje do cywilów o wsparcie w postaci broni.

Panie przebywające w Malborku obserwują na bieżąco to, co dzieje się w ich kraju. Jeszcze nie wiedzą, co z nimi będzie.

Jakie możemy mieć plany, skoro nie wiemy, co będzie jutro – przyznają. - Wszyscy mieliśmy już swoje plany, budowaliśmy domy, tworzyliśmy rodziny. Teraz nikt już żadnych planów nie ma.

Na razie krzątają się w internacie MOW, bo mają do dyspozycji nie tylko pokoje, ale też kuchnię. Rano roznosi się tam zapach świeżo usmażonej jajecznicy. Wszędzie stoją suszarki z praniem. To takie namiastki normalności. Jak im jest? Dobrze?

Oj tak – mówią bez wahania.

Bo po wielu dniach wojny, a potem tułaczki, w końcu mają bezpieczny azyl. Dlatego są bardzo wdzięczne za wszystko, czego tu doświadczyły. Są zaskoczone, ale i wzruszone polską gościnnością, której doświadczały już na granicy, gdzie dostały świeżą bieliznę, kosmetyki, mogły zjeść i napić się czegoś ciepłego. Dotarły do Malborka w różny sposób. Jedne przez Gdańsk, część przez Warszawę, gdzie nocowały na dworcu.
- Co chwila ktoś podchodził, oferował pomoc, kawę, herbatę – opowiada jedna z kobiet.

Na pytanie, co jest im potrzebne, nie mają wątpliwości.

Rabota! Już się nudzimy - odpowiadają chórem bez zastanowienia.

Na razie dużym ograniczeniem jest bariera językowa. Co z tego, że jedna z pań ma doświadczenie w pracy w administracji, skoro posługuje się ukraińskim.
- Panie mogłyby więc wykonywać na początek proste prace, gdzie język polski nie jest tak konieczny. Są naprawdę chętne do pracy. Zresztą dla niektórych udało nam się znaleźć dorywcze zajęcie, po dobrych ludziach. Kwestia finansowa to jedno, ale głowa po takich przeżyciach musi mieć zajęcie – podkreśla Anna Wolak.

Wkrótce goszczące w MOW kobiety zaczną naukę polskiego (zajęcia poprowadzi wolontariuszka), czego niektóre nie mogą się doczekać. Same próbują osłuchać się z naszym językiem, oglądając programy i filmy.

Sporo formalności związanych z pobytem w Polsce już pozałatwiały.

Część ma już nadane numery PESEL, inne mają wyznaczony termin w Urzędzie Miasta. To samo z założeniem konta w banku, jedne panie już mają, inne jeszcze nie. Jak możemy, pomagamy, podpowiadając, gdzie i co mogą załatwić, bo chcemy, by panie odważyły się być samodzielne – mówi Anna Wolak.

Troje dzieci korzysta z lekcji online, póki jeszcze działają ich ukraińskie szkoły. Ale inne chodzą już do polskiej podstawówki.
- Moim synom się podoba, dwa razy w tygodniu mają indywidualne lekcje języka polskiego – mówi jedna z mam.
- W szkole są też inne dzieci z Ukrainy. Na razie niczego nie rozumieją, ale przebywają z rówieśnikami – dodaje inna.

W planie na czwartek jest zwiedzanie Muzeum Zamkowego. Wiadomo, nie można być w Malborku i go nie odwiedzić. Panie integrują się również między sobą, ale i z pracownikami. Dobrą okazją będzie zbliżająca się Wielkanoc.
Nasze rozmówczynie wyraźnie ożywiły się przy temacie świątecznych tradycji. Mają kraszanki i świętują podobnie, przy zastawionym stole. Niektóre zaczęły recytować przepisy na niektóre dania. Na mięso, sało, czyli smalec z aromatycznymi dodatkami. Zapowiada się więc, że tegoroczne święta wielkanocne w ośrodku będą miały polsko-ukraiński charakter.

Na pomysł, by w internacie przyjąć ukraińskich gości, wpadł Dariusz Miąskowski, dyrektor MOW. Od razu pomyślał, że to może być poważne zadanie dla podopiecznych ośrodka.

Dlatego między innymi o to wystąpiłem, by panie z dziećmi do nas zaprosić. Nie było wolnych miejsc, ale je przygotowaliśmy. Wiedziałem, że jeśli udzielimy schronienia uchodźcom, to będzie też korzystne dla naszych chłopców. I stanęli na wysokości zadania, bo od czasu przyjazdu pań z Ukrainy nie mamy większych zdarzeń – słyszymy od Dariusza Miąskowskiego.

Ale to nie koniec, bo podopieczni MOW poczuli się prawdziwymi gospodarzami.
- Chłopcy organizują dzieciakom seanse kinowe, bo znaleźli ukraińskie filmy w internecie, proponują im też gry, zabawy, razem nakrywają do stołów w jadalni. Na początku odprowadzali młodsze dzieci do szkoły – wylicza dyrektor Miąskowski.

Jak mówi, cała sytuacja ma wpływ na całą placówkę.
- To też dzięki naszej pani psycholożce, która poza swoimi obowiązkami wszystkim się zajęła – podkreśla Dariusz Miąskowski.

Obecnie w internacie MOW przebywa 25 osób: 15 dorosłych, 10 dzieci w różnym wieku, i szkolnym, i przedszkolnym. W piątek dwie osoby przenoszą się do Gdańska, gdzie jedna z pań wynajęła mieszkanie. Kiedy reszta się usamodzielni, na razie nie wiadomo.
Trudno też powiedzieć, czy wrócą do Ukrainy, bo część stwierdziła, że gdyby była taka możliwość, chciałaby zostać w Polsce. Choćby dlatego, że zwyczajnie nie mają już do czego wracać...

Malbork. Przy kościele na Piaskach odbył się festyn charytat...

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Bitwa Warszawska 1920. Polacy chcieli być wolnym narodem

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Nasze Miasto
Dodaj ogłoszenie