Nasza Loteria NaM - pasek na kartach artykułów

"Spotkania z historią" w Muzeum Miasta Malborka. Współautor nowej, wyjątkowej publikacji opowiedział o Marszu Śmierci

Radosław Konczyński
Radosław Konczyński
Radosław Konczyński
O Marszu Śmierci, czyli zabójczej dla więźniów ewakuacji KL Stutthof i jego podobozów, opowiadał malborczykom dr Marcin Owsiński, historyk ze sztutowskiego muzeum. W Muzeum Miasta Malborka odbyła się promocja najnowszej książki na ten temat.

Książka, która jest też hołdem dla byłej dyrektor Muzeum Stutthof

Promocja publikacji „Marsz Śmierci. Ewakuacja piesza więźniów KL Stutthof i jego podobozów. 25 stycznia – 3 maja 1945” odbyła się w ramach cyklu „Spotkania z historią” organizowanego przez Muzeum Miasta Malborka. Autorami są pracownicy naukowi Muzeum Stutthof - Agnieszka Kłys i Marcin Owsiński, którzy przygotowali rozszerzone wydanie publikacji „Marsz Śmierci” autorstwa Janiny Grabowskiej.

- Janina Grabowska całe życie poświęciła tematyce ewakuacji Stutthofu i więźniom Stutthofu. Jeszcze w połowie lat 60. jako studentka pojechała z byłymi więźniami na Kaszuby i zaczęła zbierać relacje tych, którzy przeżyli wojnę i po raz pierwszy po 20 latach zaczęli opowiadać o tych wydarzeniach. Te relacje dzisiaj są w Muzeum Stutthof w maszynopisach i one są też użyte w tej książce. Gdy Janina Grabowska skończyła studia w 1969 r., zaczęła pracować w muzeum i przeszła wszystkie szczeble kariery. W 1978 r. została dyrektorem i była nim 28 lat, do 2004 roku, gdy zmarła – opowiadał Marcin Owsiński.

Nowa książka nieprzypadkowo więc ukazała się w 2024 roku.

Ja i moja koleżanka, Agnieszka Kłys, jesteśmy też wychowankami pani dyrektor. Stwierdziliśmy, że na 20-lecie jej śmierci warto przygotować taką pozycję, wiedząc, że jest duże zapotrzebowanie na taką książkę. Jej pierwowzorem jest to, co w 1992 roku wielkim nakładem sił i środków wydała Janina Grabowska. Nawiązując do jej publikacji, razem z Agnieszką od kilku lat jeździmy po Kaszubach i opowiadamy, dokumentujemy, szukamy śladów, ale też stawiamy dziesiątki tablic w terenie – wyjaśnia Marcin Owsiński.

W trakcie tego kilkuletniego objazdu powstał pomysł nowego wydania książki Grabowskiej rozszerzone o informacje, które zebrali jej wychowankowie. Główną autorką na okładce pozostała Janina Grabowska, a Agnieszka Kłys i Marcin Owsiński figurują jako autorzy drugiego, rozszerzonego wydania. Nowa książka jest cztery razy grubsza od oryginału, zawiera wiele nowych treści i nowych danych, m.in. relacje, wykaz wszystkich miejsc, mogił i upamiętnień Marszu Śmierci i jego ofiar w terenie. Integralną częścią monografii jest też 11 nowych, dużych map oraz kilkanaście planów miejscowości.

- Są dwie warstwy tekstu – gruby i zwykły, czasem one się przeplatają. Każdy pogrubiony tekst jest Grabowskiej, oryginalny niezmieniony, a cała reszta zwykłą czcionką jest nasza, dodana. A dodaliśmy to, co znaleźliśmy w terenie albo uzyskaliśmy od ludzi, z którymi się spotkaliśmy. To są przede wszystkim dziesiątki nowych relacji. Jest cały nowy rozdział na temat ludzi, którzy ratowali, co jest bardzo ważne dla Kaszubów i ich potomków. Dodaliśmy też cały duży rozdział o pamięci, jak lokalnie się to rozwija. Zrobiliśmy też zupełnie nowe mapy kolumn ewakuacyjnych. Nie znam drugiej takiej publikacji, że autorka od 20 lat nie żyje, ale jest obecna, bo tekst jest cały czas bardzo autentyczny. Możemy też w ten sposób oddać hołd pani, której z nami nie ma, a która bardzo przyczyniła się do propagowania pamięci o więźniach Stutthofu – tłumaczył podczas spotkania Marcin Owsiński.

Marsz Śmierci - ewakuacja około 33 tysięcy więźniów

Ewakuacja obozu koncentracyjnego Stutthof przed zbliżającym się frontem radzieckim rozpoczęła się 25 stycznia 1945 roku.

- O czwartej rano obudzono wszystkich więźniów w obozie. O piątej ustawiono na apel. Odczytano wtedy rozkaz komendanta, który powstał tego dnia rano i przewidywał, że wszyscy zdolni do marszu więźniowie w kolumnach w odpowiednich odstępach czasu powinni opuścić obóz. Mieli iść do Lęborka, gdzie teoretycznie czeka na nich nowe miejsce, duży kompleks koszar wojskowych poza zagrożonym rejonem. O szóstej rano pierwsza kolumna wyruszyła - opowiadał Marcin Owsiński.

Takich kolumn ze Stutthofu jedna za drugą szło dziewięć – w sumie kilkanaście tysięcy ludzi. Marcin Owsiński przytoczył relację jednego z więźniów, który przeżył Marsz Śmierci.

„Wyruszyliśmy więc w szyku piątkowym, a ponieważ na obu naszych blokach było razem podobno około 1500 więźniów, więc tych piątek było trzysta. Czyli cała kolumna wraz z idącymi na przodzie i na końcu wachmanami miała około pół kilometra. Mniej więcej co dziesięć piątek po bokach szli wachmani uzbrojeni w karabiny i pistolety maszynowe, którzy każdą próbę ucieczki mieli natychmiast likwidować strzelaniem bez ostrzeżenia. Zostało to nam zresztą ogłoszone przed wymarszem” - wspominał więzień Stutthofu.

Na podróż, która nie wiadomo ile miała trwać, każdy dostał pół bochenka chleba i pół kostki margaryny. Niektórzy zjedli od razu, tak bardzo doskwierał im głód. Na pomoc mieszkańców mijanych miejscowości kolumny mogły liczyć dopiero po przekroczeniu - jak to ujął Marcin Owsiński - niewidzialnej granicy z przedwojenną Polską. Po drodze nocowali w stodołach, w kaszbuskich kościołach, ale często też na otwartym terenie, choćby w zaspach. Śmiertelnym zagrożeniem były dla nich głód, wycieńczenie, choroby i niemieccy strażnicy.

To nie było tak, jak nam mogłoby się wydawać: że podstawiono samochody, autobusy czy statki i oni byli wywożeni. To była ewakuacja piesza dziesiątek tysięcy ludzi w określonym kierunku, w określonym celu, która szybko przerodziła się w wielki chaos, improwizację i której skutkiem było kilkanaście tysięcy ofiar śmiertelnych – opowiadał współautor książki. - Żeby mogła wyobraźnia zadziałać, to po pierwsze musimy sobie wyobrazić ciężką zimę, nie taką jak dzisiaj, tylko około minus 20 stopni Celsjusza, kiedy oni przez kilka tygodni byli w trasie ewakuacyjnej.

W styczniu jednocześnie zaczęła się też ewakuacja podobozów KL Stutthof rozsianych w Prusach Wschodnich, na Pomorzu, w okolicach Torunia i Bydgoszczy, a nawet pod Szczecinem, w których było ponad 20 tysięcy więźniów. Jak ustalili badacze historii ze Sztutowa, ewakuacja objęła około 33 tysięcy więźniów: 11 500 z obozu centralnego i ponad 20 000 z podobozów. Liczba ofiar jest szacowana na ok. 16 000 – to jest ok. 4000 z obozu centralnego i ok. 12 000 z podobozów.

- Są to liczby, które trudno sobie wyobrazić, i cierpienie, którego obyśmy nie musieli doznać. Ale to jest też nauka o dobru, o tym, czego więźniowie doznali od innych, bo jednak kilka tysięcy ludzi zostało Marszu Śmierci uratowanych dzięki postawie dzielnych, dobrych ludzi. Nie można mówić, że to było 80 lat temu i mało nas dzisiaj obchodzi albo że nie potrafimy sobie tego wyobrazić. Też nie potrafiłem sobie tego wyobrazić do czasu wojny w Ukrainie. Mechanizmy są takie same - prowadzą do anonimowych ofiar, cierpienia bezimiennych ludzi i do tego, że beznamiętnie można zabijać innych, wykonując rozkazy albo powołując się na to, że „oni są gorsi od nas”. Z tej perspektywy pamięć historyczna jest bardzo ważna i służy do tego, żeby ludzie byli lepsi – komentował Marcin Owsiński.

Nową książkę wspólnie wydały Muzeum Stutthof i Wydawnictwo Region. Jest dostępna w sztutowskiej instytucji oraz w księgarniach internetowych.

od 7 lat
Wideo

Jak głosujemy w II turze wyborów samorządowych

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na malbork.naszemiasto.pl Nasze Miasto