MKTG NaM - pasek na kartach artykułów

Wołyń to piekący żal i poczucie straty... Mieszkańcy Malborka też coś o tym wiedzą, a wspomnienia wróciły przy okazji promocji książki

Anna Szade
Anna Szade
"Janka. Historia, której nie znacie". Ale może poznać, sięgając po tę publikację.
"Janka. Historia, której nie znacie". Ale może poznać, sięgając po tę publikację. Anna Szade
Gdyby trzeba było znaleźć współczesny atrybut mieszkańca Malborka, pewnie byłaby to walizka. To w niej musieli zmieścić cały dobytek osadnicy z Wołynia. To też symboliczny bagaż pełen bolesnych wspomnień, które przywieźli. Niektórzy wciąż go nie rozpakowali, choć minęły dziesięciolecia…

Być może na stryszkach czy w składzikach Wołyniacy, którzy w 1945 r. przybyli do Malborka, przechowują jeszcze walizki z fibry. To modny wtedy materiał, czyli po prostu papier, który po specjalnej obróbce zamieniał się w sztuczną skórę. By zajrzeć do środka, trzeba było otworzyć dwa zamki. W środku była papierowa wzorzysta wyściółka i… wszystko co najważniejsze.

- Ci, którzy uciekali z Wołynia, wzięli z sobą tylko to, co szybko mogli zabrać do pociągu. W przypadku mojej rodziny walizki trafiły do Szczecina zamiast do Malborka i ślad po nich zaginął - ubolewa Tomasz Agejczyk, dyrektor Muzeum Miasta Malborka.

Klapę od tych wszystkich starych „walizek” z wojenną przeszłością uchyliła Katarzyna Krawiecka. Napisała książkę „Janka. Historia, której nie znacie”. Niedawno spotkała się z mieszkańcami Malborka, by opowiedzieć, co przeżyła jej babcia, która urodziła się w 1929 r. na Wołyniu. Piekło drugiej wojny światowej przypadło więc na jej dziecięce lata.

Wspomnienia Wołynia sprzed wojny

W pamiętniku babcia Janka umieściła to, „czego mi nikt nie wyrwie i tego zapomnieć nie zdołam”.

W pierwszym punkcie chciałabym opisać swoją wieś Marynki, za którą tak mi tęskno całe moje życie. A pamiętam wszystkich ludzi, którzy już odeszli. I wszystkie drogi i ścieżki, którymi zawsze chodziłam, i każde drzewo, i każdą okolicę, i to, co mi zostało w sercu na zawsze szczepione - zanotowała Janina Leszczyńska, bohaterka książki.

Spora część publikacji to jej odręczne zapiski, które robiła na luźnych kartkach. W notatkach stała się też strażniczką wołyńskich zwyczajów.

- Babcia dokładnie opisała, co działo się na wsi na wiosnę, co robiło się latem, że Wigilia Bożego Narodzenia to najważniejsze święto. Czekało się na pierwszą gwiazdkę, było sianko pod obrusem. Był też barszcz z grochem, czemu się teraz każdy dziwi. Ale pamiętamy te tradycje, bo są przekazywane dalej. Nie od razu je doceniamy. Być może niektórzy myślą: „Barszcz? Po co ten barszcz”. Ale to on niezwykle smakuje, gdy trafia na stół raz w roku, bo to jest właśnie Polska - podkreśla autorka książki.

Wołyń. Podróż w strony, których nie ma

65 lat po wyjeździe Janina wybrała się z rodziną na Wołyń. To miała być sentymentalna wycieczka.

- Babcia miała zdruzgotane serce. Zamiast domów były pola. Wróciło mnóstwo wspomnień i był ból, że tych miejsc nie ma, że niektóre domy stoją, ale zupełnie ktoś inny tam mieszka - opowiada Katarzyna Krawiecka. - Jechała tam z nadzieją małej dziewczynki, że jest tam tak, jak zostawiła.

Tymczasem to stało się zupełnie obce miejsce. „A tak tęskniłam cały czas, chciałam zobaczyć choć jeszcze raz” - można przeczytać w wierszu „Podróż do stron rodzinnych”, który pewnie pisała, ledwie widząc przez załzawione oczy. Ten sam piekący żal ogarnia wszystkich, którzy doświadczyli podobnej utraty.

Wołyń to dla mnie i wielu malborczyków temat, który jest obecny w rodzinach, bo przybyli tu ze Wschodu - mówi Tomasz Agejczyk.

Nie wszyscy okazują to na co dzień, ale pewnie niektórzy wciąż, gdy nikt nie widzi, przełykają gorzkie łzy, bo ogarnia ich bezsilna żałość.
- Tam, gdzie mieszkali dziadkowie, już nic nie ma. Ale to, że domów nie ma, zagród nie ma, i tego, co było prawie sto lat temu, to zrozumiałe. Przez upływ czasu wszystko się może zmienić - przyznaje Tomasz Agejczyk.

Ale nie potrafi pogodzić się z tym, że bezpowrotnie zatarto najważniejsze ślady obecności dawnych mieszkańców.

- Najgorsze jest to, że nie ma cmentarzy, tego symbolu, że ci ludzie tam mieszkali i tam mieli swój wieczny odpoczynek. W niektórych miejscach tam, gdzie były nekropolie, są postawione bloki. To jest najbardziej tragiczne - ubolewa. - A przecież to była tamtejsza społeczność, niezależnie od narodowości, bo nieważne, czy to byli Polacy, Ukraińcy czy Żydzi. To najbardziej tragiczne, że w pewnym momencie przychodzi władza czy ustrój i zaczyna się niszczenie historii ludzi, którzy tam mieszkali.

Tomasz Agejczyk przyznaje, że utrzymuje kontakt z tymi, którzy do dzisiaj mieszkają na Wołyniu.

Ktoś powiesił tabliczkę z nazwiskami ludzi, którzy tam zostali zabici, są tam też nazwiska mojej rodziny. Jest opustoszała leśniczówka, w której w czasie rzezi wszystkich wybito, zastrzelono, pocięto. To są nasze i ich najgorsze wspomnienia - mówi.

W Marynkach na Wołyniu panowała zgoda

Wiadomo, że wojna odcisnęła straszne piętno na całym pokoleniu. Parę dekad później na co dzień już o tym praktycznie nie pamiętamy. Tym bardziej, że podczas rodzinnych obiadów czy świątecznych spotkań nie wraca się do tak trudnych spraw.

- U mnie w domu nie mówiło się wcale o wydarzeniach sprzed lat. Ale zainteresowałam się Wołyniem, kiedy mój syn zapytał: „Mamo, co to znaczy, że jesteś Polką?”. Mieszkamy na emigracji od 16 lat. Postanowiłam odpowiedzieć mu, jak najlepiej potrafię. Wtedy sama zaczęłam zadawać pytania, które doprowadziły mnie do czegoś, czego się nie spodziewałam - przyznaje Katarzyna Krawiecka.

Janka przyszła na świat na Wołyniu, w przedwojennej Polsce, w rodzinie wielodzietnej, składającej się z rodziców i ośmiorga dzieci. Mieszkała w Marynkach, poczta Kąty, gmina Szumsk, województwo wołyńskie. To nie była duża wieś, liczyła 22 gospodarstwa, w tym trzy żydowskie.

- Jeżeli chodzi o zgodę sąsiedzką, to się szanowali między sobą. Zawsze się odwiedzali i jedni drugich radzili, i byli bardzo gościnni. Jedni drugich chrzcili dzieci, żenili się i cała wieś jakby jedna rodzina. Żydów też szanowali. W soboty mieli oni swoje święto, w niedziele też nie pracowali. Nie chcieli robić nikomu przykrości. Młodzież kolegowała się z nimi. Chodzili razem na zabawy. A przestrzegali bardzo swoją wiarę. Nikt im tego za złe nie miał - wspomina po swojemu pani Janina.

Z jarzma do jarzma... Z Wołynia do Berlina

Kolejne rozdziały tej wołyńskiej historii składają się z przerażenia, głodu, cierpienia i ludzkich tragedii.

- Nadchodził wieczór, a ja wędrując spędziłam pierwszy dzień Wielkanocy. Wieś Marynki nie spała już w domach, tylko w górach. Ja poszłam z mamą, młodszymi braćmi i starszą siostrą Miecią w góry. Późną nocą na niebie ukazały się wielkie, czerwony łuny. W tamtą stronę wyły psy. Gdzieś tam daleko wioski się paliły, ludzi mordowali, a psy to wyczuwali - można przeczytać w oryginalnych zapiskach Janki.

Ostatecznie, wraz z innymi mieszkańcami Marynek, schronili się w Kątach: w kościele, na plebanii, w piętrowej szkole. Nie uchroniło ich to przed napastnikami.

Ci, co spali w domu na brzegu wioski, zostali zakatrupieni. Rano był straszny widok! Paliły się domy, konie i bydło smażące się żywcem. Niedaleko szkoły widziałam człowieka bagnetem przebitego. Rano już nie żył, a rękoma wykopał dół, w którym umarł. Mówili, że on ten dół kopał z bólu. Widać było po jego rękach - spisała Janka.

Stłoczeni Polacy nie mieli już jak i czym się bronić.

- Organista, który znał język niemiecki, pojechał rowerem do Szumska, do Niemców. Powiedział ludziom, że jak nie wróci do drugiej, to znaczy, że pomocy nie będzie. Było około czternastej, gdy zauważyli, że kilka niemieckich samochodów nadjeżdża. Po części było to wyzwolenie ich przed śmiercią, ale zostali zabrani do pracy przymusowej. Z jednego jarzma do drugiego - opowiada Tomasz Agejczyk.

Wojenna trauma pokoleniowa

Babcia Janka przez Krzemieniec została wywieziona wraz z całym transportem w okolice Berlina, gdzie ciężko pracowała do końca wojny.

- Książka pewnie byłaby inna, gdyby powstała na podstawie dokumentów, notatek, listów. Ale tego nie ma, gdy ktoś ucieka z niczym, jak babcia i jej rodzina. Tymczasem okazuje się, że to są traumy pokoleniowe, zapisane w pamięci komórkowej. Gdy się dotrze do tej pierwotnej emocji, można to odblokować, pouwalniać. Ale w naszej rodzinie o wojnie to było tabu. Gdy poruszyłam ten temat z moją mamą, to powiedziała: „Kasiu, my już tej wojny mieliśmy dosyć” - przyznała autorka.

A to dlatego, że pani Janina opowiadała swoim dzieciom o tym, co ją spotkało na Wołyniu.

Dla niej dzielenie się swoją historią jest formą terapii - uważa Katarzyna Krawiecka.

Ale niektórzy zachowywali się zupełnie inaczej. Zamilkli na całe dziesięciolecia, choć rany wcale się nie zabliźniły.

- W mojej rodzinie niektórzy potrzebowali 50 czy 60 lat, by powiedzieć o tym, co przeżyli. To są naprawdę tragiczne wspomnienia - mówi Tomasz Agejczyk. - Moja mama też uciekła z Wołynia przed rzezią pociągiem w 1943 r. Dosłownie uciekła, ale w brzuchu mojej babci. Ona nie może tego pamiętać, ale ciotki pamiętają. To było coś strasznego.

Inni pod wpływem tych dramatycznych doświadczeń zamknęli się w sobie na zawsze. Nie poradzili sobie z przeżyciami.

- Mieszkaliśmy z rodzicami na Dolnym Śląsku, byłam wtedy małą dziewczynką, siedmio- czy ośmioletnią. To było małe miasteczko, na obrzeżach znajdowało się gospodarstwo, do którego chodziłam z kanką po mleko. Ci ludzie pochodzili z Wołynia, mieli na wychowaniu chłopaka. Nie umiem powiedzieć, w jakim był wieku. Mógł mieć 16, 18 czy 20 lat. On był nie bardzo psychicznie zdrowy. Słyszałam, jak gospodyni opowiadała mojej mamie, co on przeżył. Był świadkiem zbrodni. Ukrył się pod łóżkiem i widział, jak banderowcy czy Ukraińcy, w każdym razie ich sąsiedzi, poderżnęli na łóżeczku gardło jego małej siostrzyczce - dzieli się swoim wspomnieniem sprzed lat jedna z mieszkanek Malborka.

Podobnych historii jest wiele: ktoś rzeź przeżył, ale już nigdy nie uwolnił się od widoku rozlanej krwi i bezwzględnie zamordowanych bliskich.

Babcia Janka nie ocenia zbrodni

Są też jeszcze inne opowieści.

- Jest taki temat jak „Sprawiedliwi”. Na przykład Izrael po wojnie wyszukiwał każdego człowieka na świecie, który podczas drugiej wojny światowej ratował Żydów. A są też Ukraińcy, którzy ratowali Polaków przed śmiercią - przypomina Alicja Łukawska z Malborka.

Sama spotkała się z takim świadectwem jednej z mieszkanek miasta.

Od lat opowiada tę samą historię: jej mamę i dwoje jej rodzeństwa uratowała od banderowców dobra Ukrainka. Te dzieci trafiły później do Malborka. Ale Ukrainka do końca bała się swoim przyznać do tego, co zrobiła - relacjonuje Alicja Łukawska.

Mimo doświadczeń i rodzinnej tragedii, bo najbliżsi zostali zamordowani na Wołyniu, babcia Janka nie wypomina i nie wyrzeka na wojennych zbrodniarzy.
- Babcia mieszkała u Ukrainki. Jej mąż wychodził na noc, wszyscy myśleli, że ma kochankę, a on chodził mordować ludzi - zdradza Katarzyna Krawiecka.

Główna bohaterka książki nie ocenia, nie krytykuje, nie wskazuje winnych.
- Pani Janka nie szuka winowajcy, ani kata, ani ofiary. Nie próbuje nikogo tłumaczyć. Potrafi za to opisać wszystko, co tam się działo, z pozycji normalnego człowieka, który tam mieszkał. Nie wywyższając żadnej narodowości - zwraca uwagę na ten aspekt Tomasz Agejczyk.

„Wszyscy sobie ręce podamy”. Przebaczenie powinno być dwustronne

Zdaniem autorki, to właśnie z tego względu „Janka” powinna być lekturą obowiązkową.

- Tak, tym bardziej że przez ostatni rok nasz świat się zmienił. Książka może być próbą zrozumienia tego, co się wydarzyło, pomostem łączącym tamte czasy z obecnymi. Wydaje mi się, że bez zaakceptowania tego, że wtedy tak właśnie było, możemy skakać sobie do gardeł przez następne 50 lat. Ale już może wystarczy? - uważa Katarzyna Krawiecka.

- Życie jest za krótkie, byśmy dalej szukali winnych. To jest trudny temat, ale chyba nadchodzi czas, byśmy sobie wybaczyli. To powinno być dwustronne. Niedawno usłyszałem: „Niemcy nas przeprosili, my im wybaczyliśmy zbrodnie drugiej wojny światowej, a Ukraińcy tego nie zrobili. Możemy więc tak iść dalej, bo pewnie tego nie zrobią… My pewnie też nie, bo jesteśmy charakternym narodem. Ale wierzę, że przyjdzie taka chwila refleksji, choć nie wiem, kiedy to nastąpi, że wszyscy sobie ręce podamy - uważa Tomasz Agejczyk.

Osiem dekad później niektórym nie wydaje się to niemożliwe, by mimo różnic tworzyć wspólnotę. Wnuczka Katarzyna doświadcza obecnie tego, co było codziennością Janki na Wołyniu.

- W Anglii na jednej ulicy mamy mnóstwo narodowości. Są ludzie z Polski, Rosji, Łotwy, różnią się kolorem skóry, pochodzeniem i tradycjami. Ale żyją razem, wspólnie celebrują różne święta. Taka też była dawna Polska: bardzo otwarta na różne kultury, na sąsiadów żyjących obok. Mieszkało wiele różnych narodowości obok siebie i do pewnego momentu ludzie się bardzo szanowali - podkreśla Katarzyna Krawiecka.

I to powinno być inspirujące dla nas, współczesnych.

Niestety, historia lubi się powtarzać. Nie potrafimy wyciągnąć lekcji, powtarzamy wciąż te same błędy - ubolewa Tomasz Agejczyk

.

Książkę „Janka. Historia, której nie znacie” wydało malborskie Wydawnictwo Zen. Jak tłumaczy Monika Holke, współwłaścicielka Wydawnictwa, bez wahania zdecydowała się opublikować tę bolesną historię.
- Kasia spisała dziennik swojej babci Janiny, by nie ucichło to, co jest prawdziwe, a o czym się na co dzień nie mówi - przyznaje Monika Holke.

Wydawnictwo zaprosiło też Katarzynę Krawiecką do Malborka, zdając sobie sprawę, jak ważna to tematyka dla mieszkańców. W tym roku mija 80 lat od momentu, gdy zaczęła się masowa rzeź Polaków na Wołyniu.

Polecjaka Google News - Dziennik Bałtycki
od 12 lat
Wideo

Psycholog odpowiada: Czy wakacyjny romans to dobra rzecz?

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na malbork.naszemiasto.pl Nasze Miasto