Nasza Loteria NaM - pasek na kartach artykułów

Nie ma grobów, nie ma kości. Poruszające świadectwo Marszu Śmierci

Tomasz Chudzyński
Tomasz Chudzyński
Rysunek Marsz Śmierci J. Łapińskiego
Rysunek Marsz Śmierci J. Łapińskiego J. Łapiński/Zbiory Muzeum Stutthof
Wiemy o tysiącach ludzi biorących udział w lądowej ewakuacji KL Stutthof i będących jej ofiarami, z których jedynie nieliczni znani są z nazwiska i można z nimi powiązać konkretne informacje. Większość po prostu nie wróciła do domu z obozu – została zastrzelona na poboczu drogi, zaginęła – nie przetrwała. Ich rodziny nie poznały i nigdy nie poznają ostatecznego losu swoich bliskich – mówią Marcin Owsiński i Agnieszka Kłys z działu naukowego Muzeum Stutthof, współtwórcy reedycji opracowania „Marsz Śmierci” autorstwa Janiny Grabowskiej.

Właśnie ukazała się reedycja monografii poświęconej ewakuacji lądowej więźniów KL Stutthof, autorstwa Janiny Grabowskiej, nieżyjącej, byłej dyrektor Muzeum Stutthof… Dopisaliście do niej nowe rozdziały. Czego nie wiemy o Marszu Śmierci?

Nie wiemy ile było ofiar i już nigdy nie uda nam się poznać ostatecznej liczby tysięcy więźniów zmarłych podczas lądowej ewakuacji KL Stutthof. Te dane pozostaną na zawsze w sferze szacunków. Nie podjęliśmy się próby ustalenia liczby ofiar, to nie było naszą intencją. W obecnym wydaniu książki, przywołane są obliczenia, których dokonała swego czasu Janina Grabowska. Te dane zostały uzupełnione o nowsze ustalenia Elżbiety Grot, badaczki Muzeum Stutthof przez wiele lat zajmującej się tematyką Marszu Śmierci i przyjęliśmy je za finalne. Straty osobowe ewakuacji lądowej KL Stutthof i jego podobozów są znaczne. To liczba sięgająca około 16 tysięcy zmarłych, z czego ok. 4 tysiące więźniów to ewakuacja obozu centralnego, zaś ok. 12 tysięcy to ofiary równoległej ewakuacji podobozów. W grupie ludzi, którzy zginęli w czasie Marszu Śmierci, których znamy z nazwiska, i których można powiązać z miejscem pochówku, jest zaledwie kilkadziesiąt.

Musimy wiedzieć, że w całym tym chaosie lądowej ewakuacji nikt z załogi obozu kompleksowo nie spisywał żadnych protokołów, nie odnotowywał numerów i nazwisk zmarłych więźniów. Znamy kilka przypadków kiedy mieszkańcy Kaszub zanotowali więźniarskie numery, płeć czy narodowość zmarłych, a następnie dokonali zbiorowych pochówków. Tak było w Pręgowie i Niestępowie. To jednak niewielka część – większość ofiar nie ma grobów, miejsca spoczynku nie zostały zlokalizowane, a co za tym idzie, szczątki nie zostały zidentyfikowane. Zresztą część tych zapisów nie potwierdziła się po wojnie. Weźmy zapis na bazie numeru więźniarskiego na tzw. pasiaku – wiemy, że więźniowie wymieniali się odzieżą, albo zabierali ją zmarłym. Stąd wiele nieścisłości.

Dlatego też to suche, liczone tysiącami, ale niestety tylko statystyczne świadectwo Marszu Śmierci jest bardzo poruszające. Wiemy o tysiącach ludzi biorących udział w ewakuacji, z których jedynie nieliczni poznani zostali z nazwiska, z którymi można powiązać konkretne informacje. Większość po prostu nie wróciła do domu z obozu - została zastrzelona na poboczu drogi, zaginęła, nie przetrwała. Ich rodziny nie poznały i nigdy nie poznają ostatecznego losu swoich bliskich. W uroczystościach w Gdańsku, upamiętniających ofiary Marszu Śmierci, które co roku (od 1981 roku) odbywają się w katedrze w Oliwie, uczestniczy m.in. pan Janusz. Jego dziadek, którego nigdy nie poznał, jest jedną z ofiar lądowej ewakuacji. Miejsce jego spoczynku i okoliczności śmierci są nieznane. On zapala symboliczną świeczkę 1 listopada na jednym z kaszubskich cmentarzy. Takich miejsc jest bardzo dużo.

Dane dotyczące liczby ofiar lądowej ewakuacji KL Stutthof obozu centralnego i podobozów nie są precyzyjne. Obecnie wskazuje się, że było ich na około 16 tys. , czyli niemal jest to jedna trzecia zamordowanych w obozie, w czasie jego prawie sześciu lat funkcjonowania.

Problem w określeniu liczby ofiar polega na tym, że źródłowa, historyczna baza dotycząca lądowej ewakuacji więźniów KL Stutthof jest bardzo skromna. Nie ma wykazów ludzi, którzy mieli być objęci ewakuacją. To, czym dysponujemy, to kilka raportów o stanie dziennym obozu sporządzonych w styczniu do kwietnia1945 roku na podstawie których można ustalić z dużym prawdopodobieństwem liczbę więźniów ewakuowanych 25 i 26 stycznia 1945 roku. Zachował się rozkaz komendanta KL Stutthof datowany na 25 stycznia 1945 roku, który mówi o tym, ile kolumn pieszych sformowanych z więźniów, w którym kierunku ma wyruszyć. Nie precyzował on wprawdzie liczby ewakuowanych, lecz ilość jego kopii, które zostały wydane dowódcom poszczególnych kolumn pozwala oszacować nam zbiorowość uczestników Marszu Śmierci. Ewakuacja przebiegała w trudnych warunkach atmosferycznych i przy dużym chaosie organizacyjnym. Nie ewidencjonowano ofiar marszu. Nie było to możliwe. Bardzo wielu więźniów, którzy zginęli, nie ma nawet grobów.

Posługując się danymi Janiny Grabowskiej możemy sytuację zobrazować następująco: z obozu centralnego w Stutthofie 25 stycznia 1945 roku wyprowadzono łącznie siedem kolumn więźniarek i więźniów, a 26 stycznia dwie następne. Z różnych wskazówek wynika, że w każdej z kolumn było od 1100 do 1600 ludzi. Mamy tu zatem sumę – ok. 11,5 tys. ludzi. Bez żadnych nazwisk, numerów, jedynie wykazy baraków wskazujący na narodowości – Polaków, Rosjan, Norwegów, Duńczyków, czy kobiet – Żydówek. Druga liczba, którą znamy ze wspomnianych raportów, to na pewno ponad 20 tysięcy ludzi ze wszystkich ewakuowanych podobozów KL Stutthof w: Prusach Wschodnich, w okolicach Bydgoszczy, Torunia, Polic koło Szczecina. Razem zatem około 33 tys. ludzi ewakuowanych - z obozu centralnego i podobozów. Los tej drugiej grupy stanowi największą zagadkę.

Bardzo duża część zginęła w czasie marszu w doraźnych egzekucjach – przykładem może być grupa więźniarek – Żydówek z Węgier, z 6 podobozów KL Stutthof liczących około 5-6 tysięcy kobiet żydowskich budujących lotniska w okolicach Królewca, które były rozstrzeliwane grupami zarówno w czasie marszu nad brzeg morza, jak i w jednej z największych masakr Marszu Śmierci, w Palmnicken, nad brzegiem Morza Bałtyckiego, 31 stycznia 1945 r. Niemcy rozstrzeliwali więźniarki na lodzie, zwłoki tonęły. Z tej grupy ocalało kilkadziesiąt kobiet, ponad tysiąc zginęło tylko jednego dnia. Nie ma grobów, których ekshumacja mogłyby pomóc w ustaleniu liczby zamordowanych. Po wojnie relację z mordu w Palmnicken złożyło kilka spośród jedynie 13 odnalezionych ocalałych kobiet. Zaledwie...

Kwestia kolejna utrudniająca ustalenie losu ewakuowanych więźniów z podobozów – bardzo wiele osób ocalałych z Marszu Śmierci, uwolnionych przez Armię Czerwoną, nie wiedziała gdzie się znajduje, nie znała nazw miejscowości, nie znała języka. Swoje relacje składali kilka, kilkanaście lat później. To bardzo emocjonalne materiały, cenne, ale dość problematyczne w kwestii faktograficznej. Ludzie ci nie mieli kalendarzy, ani zegarków czy map. Więcej danych możemy uzyskać w sprawie kolumn ewakuacyjnych idących z obozu centralnego. Więźniowie, którzy przechodzili przez kaszubskie wsie, byli kierowani do tymczasowych obozów ewakuacyjnych w Gęsi, Krępie Kaszubskiej, Nawczu Łówczu, Rybnie, Gniewinie, Toliszczku, Tawęcinie. Z 11,5 tys. więźniów w ciągu 8, 9 dni marszu dotarło do nich około 7 tysięcy. „Brakuje” już wówczas zatem około 4 tysięcy. Nie wiadomo dokładnie ilu więźniów uciekło podczas marszu, korzystając z ofiarnej pomocy ludności kaszubskiej. W tymczasowych obozach ewakuacyjnych w ciągu 4- 5 tygodni ich funkcjonowania, do powtórnej ich ewakuacji, więźniowie bytowali w strasznych warunkach, głodowali, chorowali na tyfus i umierali. Ich liczba topniała w oczach, przez ten czas kilku tygodni, z około 7 tysięcy, w dniach uwolnienia znaleziono żywych niewiele ponad 4 tysiące ludzi.

Działalność polskich i rosyjskich komitetów śledczych po wojnie pozwoliła odkryć groby przynajmniej 2,2 tys. ciał. Znajdują się one na cmentarzach w Rybnie, Krępie Kaszubskiej i Nawczu. Kolejnych kilkuset więźniów zmarło w szpitalach już po uwolnieniu i zakończeniu wojny. Skala ofiar pokazuje, jak bardzo dramatyczne były ostatnie miesiące funkcjonowania obozu. Więcej niż 1/3 całości ofiar KL Stutthof przypada na lądową ewakuację obozu i jego podobozów.

Ślady Marszu Śmierci można odnaleźć, zwłaszcza na Kaszubach, nie tylko w warstwie pamięci.

Przez ostatnie lata zjeździliśmy większość lokalizacji na trasie Marszu Śmierci, zarówno obozu centralnego, jak i podobozów. W czasie tych wyjazdów udało nam się dotrzeć do źródeł, które nie były dotąd szerzej znane. Tu trzeba zaznaczyć, że to była jedna z osi naszej pracy przy projekcie reedycji pracy Janiny Grabowskiej – odnaleźć nowe materiały lub udostępnić te niepublikowane. Mamy tu na myśli zestaw relacji świadków, mieszkańców kaszubskich wsi, którzy widzieli przechodzące kolumny więźniów, zgromadzony m. in. przez księdza Bazylego Oleckiego, proboszcza parafii w Linii w latach siedemdziesiątych, nieżyjącego już, bardzo zasłużonego dla lokalnej społeczności. On te materiały zbierał ze swojej własnej woli, rozmawiał ze świadkami, spisywał ich relacje, robił odpisy wcześniejszych rękopisów. Udało nam się skontaktować z jego rodziną i spadkobiercami. Część tych relacji zamieściliśmy w tym nowym wydaniu książki.

Cenny jest również zbiór relacji mieszkańców Luzina i okolic, Świadków Marszu Śmierci, zebranych przez Stefana Fikusa, dodatkowo opatrzony wykonanymi przez niego ilustracjami, które są w posiadaniu miejscowej biblioteki. Wykorzystujemy je również w reedycji książki. Ciekawą w naszym pojęciu propozycją wydawniczą są mapy – trasy Marszu Śmierci poszczególnych kolumn, wykonane na podkładzie kopii ówczesnych niemieckich map tych terenów. Pragniemy podkreślić, że mimo dokonanych uzupełnień w nowej edycji książki pierwotne opracowanie Janiny Grabowskiej ma wielką wartość merytoryczną. Jesteśmy przekonani, że gdyby Janina Grabowska mogła dalej pracować, to bez wątpienia dotarłaby do materiałów, które udało nam się pozyskać.

Na wspomnianych przez was Kaszubach wszyscy znają zawołanie „Stutthof idzie…”, które przekazywali sobie na początku 1945 roku mieszkańcy wsi, przez które przechodziły kolumny więźniów. W warstwie pamięci jest dla kaszubskiej społeczności bardzo ważne i nadal obecne zdarzenie.

Piszemy o tym w reedycji książki. Do materiału dyrektor Grabowskiej dodaliśmy dwa bardzo ważne rozdziały autorskie. Jeden z nich jest poświęcony ludziom, którzy zachowali się w sposób najbardziej godny z możliwych. Po prostu bezinteresownie, wykazując się odwagą, ratowali więźniów, którzy z Marszu Śmierci uciekali lub skrajnie osłabieni byli zostawiani na pewną śmierć. To kilkadziesiąt osób, znanych z imienia i nazwiska – sprawiedliwi, dobrzy ludzie. W taki zresztą sposób zatytułowaliśmy czwarty rozdział książki, im poświęcony. Ten wątek był już wcześniej znany i analizowany, natomiast chcieliśmy tym ludziom oddać hołd, pokazać, w jaki sposób ratowali więźniów, jakiej pomocy im udzielali. Zależało nam, by pokazać wkład Kaszubów w ocalenie znacznej przecież grupy ludzi.

Lokalnej pamięci o ofiarach Marszu Śmierci, jej społecznemu funkcjonowaniu poświęcony jest natomiast rozdział piąty, kolejny, którym uzupełniamy książkę dyrektor Grabowskiej. Przedstawiamy w nim jak upamiętnienie wyglądało na przestrzeni lat – od momentu grzebania ciał ofiar w 1945 r., a także wczesnych poszukiwań swoich kolegów, prowadzonych przez ocalałych z Marszu Śmierci. Opisujemy, jak w latach 60 ustawiano pierwsze tablice pamiątkowe, jak odbywały się pierwsze uroczystości, jak pod koniec lat 60 wśród byłych więźniów pojawiła się na tych uroczystościach grupa studentów, w której była także Janina Grabowska. I ci studenci, 20 lat po Marszu Śmierci, mając dostęp do bezpośrednich świadków, zaczęli badać tę ważny fragment dziejów obozu i regionu. Dzięki ich pracy w kolejnych latach zaczęły powstawać nowe tablice, pomniki, szkoły patronackie itp. Mieszkańcy Kaszub zaczęli się do tej pamięci odwoływać. Ten proces generowania pamięci trwa, powstają kolejne tablice, co roku miejscowi przygotowują okolicznościowe uroczystości, chcą współpracować z Muzeum Stutthof. Poszczególne pokolenia znają tę historię i jesteśmy przekonani, że będą ją pielęgnować. Współcześni Kaszubi są przekonani, że ich przodkowie postąpili wtedy tak, jak należało, że zrobili coś bardzo dobrego i trzeba o tym pamiętać.

Elżbieta Grot, badaczka z Muzeum Stutthof, czy obecny dyrektor placówki Piotr Tarnowski mówili, że Marsz Śmierci był szaleństwem, podobnie jak niemieckie obozy koncentracyjne i ideologia, którą wyznawali ich twórcy. Jak Niemcy oficjalnie uzasadniali decyzję o ewakuacji KL Stutthof?

Z perspektywy sprawców mamy dwa dokumenty. Pierwszy to fragment zeznań komendanta KL Stutthof, Paula Wernera Hoppego. Pamiętajmy, że został on schwytany przez Aliantów Zachodnich, ale nigdy za dowodzenie obozem w Stutthofie nie został przez stronę polską sądzony. Niemniej został przesłuchany w sprawie ewakuacji lądowej KL Stutthof, w 1946 roku. Ten dokument jest znany, w swojej pracy we fragmentach przytaczała go Janina Grabowska. Jest to zeznanie ciekawe, aczkolwiek niezbyt często cytowane. Hoppe mówi o okolicznościach podjęcia decyzji o ewakuacji, dlaczego ją podjął i jak ona w założeniach miała wyglądać. Trzeba jednak pamiętać, że Hoppe był „tylko” komendantem, wykonał rozkaz, natomiast decyzja o ewakuacji zapadła znacznie wyżej w nazistowskiej hierarchii. Natomiast druga relacja została spisana w 1947 roku, w więzieniu w Polsce, w czasie gdańskiego procesu Theodora Meyera, czyli kierownika obozu i kierownika ewakuacji, głównego nadzorcy tej operacji. Ona jest bardzo szczegółowa, bardzo dużo pokazuje. Oczywiście Meyer zmywa z siebie niemal całą winy, podkreślając wręcz, że „ratował” więźniów i robił co mógł by ich ocalić.

Żeby nie umknęła nam jedna z najważniejszych kwestii – lądowa ewakuacja była cierpieniem więźniów… Niemcy osłabionych pobytem w obozie ludzi pędzili w wielokilometrowych marszach zaśnieżonymi drogami. Zabijał mróz, głód, choroby, strażnicy dobijali osłabionych, lub, jak w przypadku Palmincken, rozstrzeliwali grupami…

W książce przytaczamy jedne z nielicznych, szczegółowych dzienników więźniów z Marszu Śmierci. Pamiętajmy, że na każdą, ponad tysięczną kolumnę, osób o niej mówiących w formie relacji dla historyków i po wielu latach było raptem pięć, sześć osób, czasem kilkanaście, czyli promil całości. Dziennik pisane na bieżąco to pojedyncze przypadki. Dlatego to cenne materiały. Mamy zatem w książce w II wydaniu pełne notatki więźniarki Elżbiety Szucy, ewakuowanej w siódmej kolumnie z obozu centralnego, która opisuje dzień po dniu, godzinowo, uwzględniając porę dnia. Relacjonuje co się działo, liczebność kolumny. Jej opowieść zaczyna się w momencie wymarszu z obozu, a kończy w marcu, po uwolnieniu. To źródło z epoki, istniejące w dodatku do dziś w formie, w jakiej powstało w czasie Marszu Śmierci.

Dysponujemy też jedną, zapisaną, dwustronną kartką, wyrwaną z pamiętnika, autorstwa nieznanego więźnia, który opisuje bardzo skrótowo, ale bardzo dramatycznie, za pomocą chemicznego ołówka, przebieg marszu kolumny, w której się znajdował. Tu też jest pewna datacja, informacje na temat tego, co się z działo z więźniami na trasie ewakuacji. Przypuszczamy, że autor napisał więcej, stron musiało być więcej, ale niestety, ich nie mamy. Jest wreszcie niezwykły, bardzo wzruszający notatnik więźnia o nazwisku Grelewicz, wcześniej nie publikowany. Ten człowiek trafił do Stutthofu w transporcie z Warszawy w 1944 roku. W czasie ewakuacji był w kolumnie szóstej, które doszła do tymczasowego obozu ewakuacyjnego w Rybnie. Dzień po dniu notuje ilość przebytych kilometrów, nazwy mijanych miejscowości, ale nie tylko. Pisze do swojej rodziny. Lektura jego słów dowodzi jak bardzo tęskni do żony, synka, którego chciałby bardzo zobaczyć… Dziennik Grelewicza urywa się w poniedziałek, 26 lutego 1945 r. To ostatni wpis, brzmi „tyfus plamisty”… Grelewicz nie przeżył. Jest to wstrząsające, bardzo mocne świadectwo tego, w jakiej sytuacji byli ludzie, co czuli w czasie Marszu Śmierci.

Jak zatem podsumować, z waszej perspektywy, to nowe wydanie książki o Marszu Śmierci?

W tym roku mija dwudziesta rocznica śmierci Janiny Grabowskiej. Nie ukrywamy, że jesteśmy jej „muzealnymi” wychowankami, z którą współpracowaliśmy jeszcze w czasach, gdy byliśmy przewodnikami. Ona ukształtowała nas jako historyków, muzealników. Reedycja jej książki jest dla nas bardzo symboliczna. Chcieliśmy oddać honor naszej dawnej szefowej, przypomnieć i utrwalić dzieło jej życia. Ten materiał z 1992 roku jest zatem wciąż żywy, aktualny, tak samo jak pamięć o tych wydarzeniach jest przekazywana obecnie na kolejne pokolenia. To dobre działanie w dobrej sprawie. Uczmy się z historii.

O książce

Marsz Śmierci. Ewakuacja piesza więźniów KL Stutthof i jego podobozów. 25 stycznia – 3 maja 1945
Janina Grabowska - Wydanie II, rozszerzone i zmienione przez Agnieszkę Kłys i Marcina Owsińskiego

Książka opisuje genezę, przebieg i skutki ewakuacji pieszej więźniów KL Stutthof w zimie 1945 roku, która do historiografii i powszechnej pamięci przeszła jako Marsz Śmierci.

Kompleksowe, nowe i rozszerzone opracowanie przygotowane przez Agnieszkę Kłys i Marcina Owsińskiego, nawiązuje do zasobu wiedzy zebranego i wydanego pierwotnie w 1992 roku przez Janinę Grabowską, ówczesną dyrektor Muzeum Stutthof w Sztutowie, która zmarła w 2004 roku. Dla oddania Jej wkładu w badania tematu książka operuje innowacyjną formą prezentacji autorskich treści, zdecydowanie także uwspółcześnia i wzbogaca informacje w oparciu o najnowsze ustalenia źródłowe i kartograficzne. Jej ważnym elementem jest także kwestia wciąż bardzo żywej lokalnej pamięci o wydarzeniach Marszu Śmierci na Kaszubach oraz wykaz wszystkich miejsc, mogił i upamiętnień tego wydarzenia i jego ofiar w terenie.

W monografii wykorzystano wiele nowych, nigdy nie publikowanych relacji ze zbiorów i kolekcji prywatnych, zaprezentowane efekty prac terenowych, załączono dziesiątki nowych ilustracji i zdjęć. Integralną częścią monografii jest 11 nowych, dużych map oraz kilkanaście planów miejscowości, opracowanych we współpracy z Jarosławem Ellwartem, właścicielem Wydawnictwa Region, które też jest wspólnie z Muzeum Stutthof wydawcą książki.

Jesteśmy na Google News. Dołącz do nas i śledź "Dziennik Bałtycki" codziennie. Obserwuj dziennikbaltycki.pl!

od 7 lat
Wideo

21 kwietnia II tura wyborów. Ciekawe pojedynki

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera

Materiał oryginalny: Nie ma grobów, nie ma kości. Poruszające świadectwo Marszu Śmierci - Dziennik Bałtycki

Wróć na malbork.naszemiasto.pl Nasze Miasto